sobota, 20 stycznia 2018

Zima , pączki i motyl.

Trochę dziwne zestawienie, bo jak się ma zima do pączków a tym bardziej do motyla? Otóż, gdyby przyjrzeć się temu dokładniej i popuścić nieco wodze fantazji, to i taki team jest możliwy.Wszystko zaczęło się któregoś ranka, gdy ni stąd ni zowąd zaczął padać śnieg. Wielkie, śnieżne płatki tańczyły w powietrzu tworząc niesamowity, magiczny widok. Przypomniała mi się moja mama, która w zimowe poranki  budziła nas słowami " Pada śnieżek, płatki małe, obsypują pola całe". Ten zwyczaj zabrałam ze sobą i do dzisiaj, gdy za oknem robi się biało, budzę mojego syna słowami tej śnieżnej rymowanki, zresztą ku jego wielkiej radości.
Wróćmy jednak do meritum.Otóż biała zima zauroczyła mnie tak bardzo, że nie mogłam się oprzeć pokusie i obfociłam teren za kamiennym murkiem, a wraz z nim dokończony już, chociaż jeszcze nie oprawiony, zimowy obrazek. Moim zdaniem, w kolejnej konfrontacji, wypadł całkiem dobrze, a osiadające na nim płatki śniegu podziałały jak swoisty make up.Makijaż jednak nie był wodoodporny i szybko zniknął, jednak ulotność chwili, zapisana w kadrach, pozostała.
















Przy okazji, na sesję zdjęciową, załapał się motyl, który przysiadł na imieninowej karteczce przygotowanej na lutowe wyzwanie w zabawie Imieniny miesiąca, u Hanulki.


Kolorowy motyl, w zimowej scenerii, to widok niecodzienny, ale moim zdaniem interesujący i piękny. Zresztą zobaczcie same, jak jego delikatność i ulotność  współgra z lekkością i bielą śnieżnego puchu.Dla mnie pięknie.









Pozostały jeszcze pączki, które od wielu lat smażę, zgodnie z bardzo starą  recepturą. Raz w roku, w karnawale, a karnawał gości u nas w zimie, więc powiązanie pączków z zimą jest oczywiste. Przepis na owe pączki, przywodzi na myśl kolejne wspomnienia, o pewnym Panu, którego wujostwo, jeszcze w czasach przedwojennych, byli właścicielami cukierni, a w niej wypiekali doskonałe pączki. Ja pamiętam ich smak, nie dlatego, że żyłam w tych czasach, ale dlatego,że potomek cukierników, ów Pan, z którym jakiś czas temu pracowałam, kultywował tradycję pieczenia karnawałowych pączków według przepisu swoich przodków i właśnie raz w roku, w karnawale, dzielił się z nami tymi pysznościami. Pana już nie ma, ale przepis pisany jego ręką pozostał i do dziś budzi we mnie sentymentalne wspomnienia. Dziękuję Panie Michale za te smakowite doznania.


A oto moje dzisiejsze zaproszenie na  degustację.



I tym słodkim akcentem kończę moje dzisiejsze spotkanie a Wami. Mam nadzieję, że udało mi się dowieść, że tytuł dzisiejszego posta nie do końca jest absurdem.

Pozdrawiam serdecznie życząc miłego weekendu i owocnych poczynań w nadchodzącym tygodniu.

Marysia

wtorek, 16 stycznia 2018

W odpowiedzi na wyzwania

 Zachęcona przychylnymi komentarzami pod moimi  pracami postanowiłam przyłączyć się do kilku blogowych zabaw. Są one  doskonałą okazją do zaprezentowania prac, podziwiania talentów, szukania inspiracji oraz zachwycania się różnorodnością interpretacji tych samych tematów."Narzucone" wyzwania pobudzają kreatywność, pozwalają zejść z utartych szlaków i wyjść poza ramy własnych upodobań i przyzwyczajeń. Jednym słowem motywują, rozwijają i.... sprawiają przyjemność.I tak oto jestem z moim dorobkiem ostatnich tygodni.
Pierwsza karteczka jest odpowiedzią na wezwanie w zabawie u Ani,


 gdzie z proponowanych wariantów wybrałam opcję sznurek-kościółek-napis .






Kolejną zgłaszam do zabawy u Uli, która tym razem zaproponowała mapkę.


Nie miałam pomysłu na haft, więc pobawiłam się skrapkowaniem, wprawdzie w  bardzo skromnej wersji, ale jest.




A tak oto próbowałam swoich sił w zakładkowym wyzwaniu u Magos, która zaproponowała zabawę z kolorami.


 Zwykle nie korzystam z tak intensywnej kolorystyki, ale chcąc sprostać regułom, wyszłam poza utarte szlaki i ....całkiem mi się ta wycieczka spodobała.
Zresztą oceńcie same.







 Moje kolorowe zakładki zgłaszam również do zabawy u Reni, która proponuję całoroczne świętowanie.
.
W związku z tym, że nie mają one  typowego świątecznego charakteru, muszę ujawnić ich przeznaczenie. Otóż polecą one do adresatek w ramach zabawy Podaj dalej. A propos , nadal czekam na jeszcze dwie chętne osoby do zabawy u mnie. Zapraszam serdecznie. Postaram się Was nie rozczarować.

Odpowiedzią na kolejne wyzwanie, tym razem u xgalaktyki,


 jest skrzacia zawieszka.W koszyczku z robótkami czekają kolejne, bo ich uroda uwiodła mnie totalnie.Sprawdzą się doskonale na przyszłorocznej choince, ale o tym innym razem.





Jeśli o wyzwaniach mowa, to pozwólcie, że odniosę się jeszcze do proponowanej przeze mnie zabawy we wspomnieniowy patchwork. Post, w którym napisałam o moim pomyśle miał na celu zebranie waszych opinii na jego temat, szczegóły przedstawię nieco później, gdy wykonam pierwsze elementy mojego projektu. Dziękuję za zainteresowanie i zapraszam do wspólnego zbierania wspomnień.

Na dzisiaj, to już wszystko. Pora zabrać się  za kolejne prace, bo terminy krótkie, a czasu jak zwykle niewiele.

Marysia

piątek, 12 stycznia 2018

Zapraszam

Tak, jak już wcześniej  pisałam, sporo ostatnio wędrowałam po Waszych blogach. Bywałam u starych znajomych,zaglądałam również tam, gdzie mnie wcześniej nie było. Z moich wędrówek wracałam pełna wrażeń, zachwycona waszą kreatywnością i mistrzowskim przekazem tego, co Wam w duszy gra.Pomyślałam, a gdyby tak ogłosić zabawę blogową, która pozwoliłaby zebrać Wasze myśli, ulotne wrażenia,okruchy wspomnień i pokazać je światu w piękny sposób, Waszymi  zdolnościami nakreślony? Taki swoisty patchwork wspomnieniami utkany, gdzie  znajdą swoje miejsce ważni dla Was ludzie, daty, zdarzenia i wszystko, co chciałybyście ocalić od zapomnienia. Taka rękodzielnicza kronika dla potomnych. Jak to sobie wyobrażam? Otóż byłby to obraz, składający się z połączonych figur geometrycznych, na których, przy pomocy dowolnej techniku, haftu, rysunku, scrapków czy opisu, pokazałybyście to, co dla Was ważne i co chciałybyście przekazać następnym pokoleniom.
Pomysł narodził się pod wpływem impulsu, który zadziałał, gdy przy okazji odwiedzin u mojego Taty, wybrałam się na wieczorny spacer ulicami miejscowości, w której dawno temu mieszkałam. Przypominałam sobie nazwiska dawnych mieszkańców i historie z nimi związane. Do kilku domów nawet zajrzałam i spotkałam się z bardzo miłym przyjęciem. Ożyły wspomnienia z tamtych lat i to było miłe. Potem odwiedziny na waszych blogach i wiele wpisów, gdzie nostalgiczna nuta wspomnień pojawiała się między wierszami.I to była ta przysłowiowa kropka na "i".
 Dzisiaj zwracam się do Was z zapytaniem, co o tym sądzicie i czy zaczynamy? Jeśli tak, to jakie są Wasze sugestie?

Pozdrawiam

Marysia

wtorek, 9 stycznia 2018

Konfrontacja

Długo zbierałam się, aby ponownie spotkać się z Wami. Nie dlatego, że nie miałam o czym pisać, ale dlatego, że nie umiałam dokonać wyboru. Łapałam ulotne wrażenia, zbierałam okruchy wspomnień, poddawałam się rozmyślaniom , odwiedzałam Was na blogach,oddawałam się radości tworzenia w wygodnym kąciku  kanapy, ale to ciągle nie było to, aż do wczorajszego ranka. Niby nic nadzwyczajnego a jednak coś, co zadziałało jak impuls i oto jestem.
Obudził mnie jak zwykle zapach porannej kawy, szum prysznica w łazience, dźwięk radyjka, porannego towarzysza mojego męża, czyli takie codzienne radostki, radość z tego, że są, że kochają, że jesteśmy razem.
Ale ten niby zwykły ranek przyniósł ze sobą zapowiedź pięknego dnia, a to za sprawą cudnego szronu, który pięknie skrzył się w mroźnym blasku wschodzącego słońca. Taka  namiastka zimy, którą z uporem maniaka zaklinałam igłą i nitką, gdy za oknem hulał wiatr a niebo zasnuwały deszczowe chmury. Marzyłam wtedy o pięknej zimie, białej, pełnej puszystego śniegu, ornamentach malowanych mrozem na okiennych szybach, o kryształkach lodu połyskujących w słońcu, o rześkim,  lekko drżącym powietrzu i błękitnym, bezchmurnym niebie. Takiej wyidealizowanej, dalekiej od narzekań drogowców, od brzydkiej, szaro-burej mazi pośniegowej i bałaganu, który na przedwiośniu wyłania się spod topniejącego śniegu. Snułam marzenia o zimowych spacerach, gdy mróz szczypie w uszy, nos i policzki, o ciszy i spokoju, jakie niosą ze sobą długie zimowe wieczory przy kominku i o kubku pełnym aromatycznego grzańca.
Marzyłam, rozmyślałam i ... liczyłam krzyżyki. Jeszcze nie skończyłam, ale chwytając ulotne wrażenia skusiłam się na konfrontację wyobraźni z rzeczywistością.





















Tyle udało mi się zdziałać, jeszcze trochę pracy przede mną, ale mam nadzieję, że zdążę przed kolejną okazją do konfrontacji.

Pozdrawiam serdecznie

Marysia