środa, 13 lutego 2019

Serce, głóg i czerwona kokardka.

Serce, głóg i czerwona kokardka.
Za sprawą św. Walentego, który prekursorem jutrzejszego święta przez wielu uznanym został, bardzo sercowo się wokół zrobiło, i choć serducha wszelakie dalece od pierwowzoru odbiegają, to jednak wielką estymą się cieszą i ogromne emocje wywołują. 
Wieloma odcieniami czerwieni mamią i do miłosnych wyznań młodych i tych trochę starszych zachęcają.
O prawdziwości tych wyznań dysputy toczyć nie chcę, ale jedno jest pewne, że na widok Walentynki, każdemu ten umięśniony  organ mocniej zabije, bo któż tak naprawdę kochanym być nie chce i bliskości z drugim sercem nie szuka?
Skąd więc w tytule głóg się znalazł i jaki związek z sercowymi sprawami mieć może?
Otóż wszystko od poszukiwania wzoru do haftu się wzięło, bo wśród wielu przeróżnych, ten jeden właśnie moje zainteresowanie wzbudził. Swoją prostotą mnie urzekł i sprawił, że do symbolikę głogu poznać postanowiłam. Lubię wiedzieć dlaczego i po co, więc inaczej być nie mogło.
Otóż okazało się, ze głóg symbolem stałości i trwałości związku przez naszych przodków uznany został, a jego kolce przed złymi mocami miłości strzec miały. 
Jego magiczna moc również uroki nad dziecięcymi kołyskami podobno odczyniała, jak i czerwone kokardki, jeszcze dzisiaj, tak licznie, w dziecięcych wózkach wieszane.
Dziś już chyba nikt temu wiary nie daje, ale głogowe serducho, jako talizman, mój M na Walentynki dostanie i już.














Aby jednak jednemu sercu smutno nie było, drugie, dla młodej pary wyhaftować postanowiłam i w kartce z życzeniami zamknąć.
Spodobała mi się subtelność i niepowtarzalność wzoru, w stylu, jaki lubię, więc jest.
Delikatne gałązki, listki i kwiatki symbolem świeżości uczuć być mogą, a czerwona kokardka...
















Oba serducha na zabawę z Polszczyzną do Reni posyłam, w nadziei, że organizatorce i oglądającym do gustu przypadną.



Idąc za radami z Waszych komentarzy postanowiłam moje serducha jeszcze na dwa inne wyzwania posłać.
Pierwsze, "Z sercem "  przez scrapek pl. zorganizowane,


Drugie, "Miłość niejedno ma imię", gdzie gospodarzami są Ula i jej hafty.


Sponsorem tej zabawy jest



 gdzie wiele hafciarskich przydasi znaleźć można.


Pozdrawiam Was serdecznie (od serca),
wielu walentynkowych uniesień życzę i o gałązkę głogu, póki czas, postarać się radzę.

Marysia


piątek, 8 lutego 2019

Żyj kolorowo

Żyj kolorowo
i... "z wesołą miną spotykaj swój kolejny świt [...]  do przodu żyj, marzenia najbarwniejsze miej...", tak śpiewała Ewa Bem, a ja  tym sugestiom chcę się poddać i Was do tego zachęcić.
Bo czym byłoby życie bez kolorów, bez tej cudownej palety barw, które w wiosennym słońcu nadzieję na nowe budzą, w upalne lato optymizmem zarażają, jesienią pięknie świat zdobią a zimą temperamenty chłodzą, nostalgiczny nastrój tworząc.
To nic, ze czasem szaro, buro i mało optymistycznie, to jednak do przodu żyć trzeba i lepszego cierpliwie wyglądać.
Żyjmy więc kolorowo, malujmy swój świat wszystkimi kolorami tęczy,
 niech biel  naszemu życiu świeżości nada i nieco emocje ostudzi, 
żółty do działania pobudzi i humor poprawi, 
zieleń optymizm i wiarę w siebie odbuduje,
 niebieski stres złagodzi, 
pomarańczowy radości i pozytywnej energii doda, 
czerwień do działania skutecznie zachęci,
 a fioletowy na zdolności artystyczne pozytywnie wpłynie.
Więc do przodu żyjmy i po barwne marzenia sięgajmy, cieszmy się życiem i tym, co jest nam dane, nawet, gdy rzeczywistość czasem mocno uwiera.
Spróbujmy " z wesołą miną spotkać swój kolejny świt" i koloroterapii się poddać.

Aby pozytywnemu wpływowi kolorów dać wyraz, kolejne karteczki dla Ani
wyhaftowałam i w barwne florystyczne szatki ubrałam.


Pierwsza fioletem i odrobiną zieleni wielkanocną pisankę zdobi, 







druga niebieskim stres łagodzi i żółtym humor poprawia.










Obie jeszcze w chłodzie resztek śniegu pozują, ale słoneczko już nieśmiało barwami świat malować próbuje.


Żółto - niebieska jeszcze jednemu wyzwaniu ma sprostać i u Art -Piaskownicy się wstawić, aby tam, StopChwilkę po raz pierwszy zaprezentować.



Na koniec jeszcze, Wam wszystkim, którzy swój ślad pod ostatnimi postami pozostawiliście, bardzo serdecznie za przemiłe słowa podziękować chciałam.
 Z powodów, nie ode mnie zależnych, osobistych odpowiedzi udzielić nie mogłam, ale mam nadzieję, że taka sytuacja w przyszłości, do rzadkości należeć będzie.

Kończę na dzisiaj,
skutecznej koloroterapii życzę,
i serdecznie pozdrawiam.

Marysia 

środa, 30 stycznia 2019

Z uporem maniaka

Z uporem maniaka
Bywa tak, i to dość często, że stajemy przed wyzwaniami, które zdają się na pierwszy rzut oka,   poza naszym zasięgiem  bytować i wtedy, z góry zakładamy, że dalece poza nasze możliwości wybiegają i nic się z nimi zrobić nie da.
Zaczynamy mierzyć zamiar według sił i jeszcze bardziej pogrążamy się w niemocy i frustracji.
Jednak, jakiś ukryty gdzieś z tyłu głowy kreatywny duszek, spokoju nam nie daje i nieustannie nasze myśli zaprząta. Z uporem maniaka  do podjęcia rzuconej rękawicy zachęca i na drugą stronę naszego jestestwa, które skutecznie przed nowym i nieznanym się broni, uwagi nie zwraca.
My tymczasem, strofujemy samych siebie, za brak odwagi i strach przed porażką, przykłady tych, którzy zaryzykowali i osiągnęli sukcesy, przywołujemy i ... rodzi się w nas złość na samych siebie, która skutecznie życie nam zatruwa.
Czasem wracam do tych wszystkich niepodjętych wyzwań i niewykorzystanych szans i 
zastanawiam się , co by było gdyby?
Wiem, że takie gdybanie większego sensu nie ma, ale uczy, że to jednak siły na zamiary mierzyć trzeba, a nie odwrotnie.
Wystarczy odrobina determinacji i trochę oślego uporu, a wszystko, no prawie wszystko, uda się zrobić. 
Niektórzy twierdzą, że nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko bardzo chcieć i coraz wyżej poprzeczkę podnosić.
Czy mają rację?
Chyba tak, bo w przeciwnym razie do dzisiaj w jaskiniach byśmy mieszkali i o ogień walczyli.
Jednak nie o wielkich celach i szczytnych zamiarach dzisiaj pisać zamierzam, ale o tych mniejszych, dla świata może nieistotnych, ale dla nas bardzo ważnych.
O tych małych wyzwaniach, z którymi, nasz  osobisty kreatywny duszek, zmierzyć się nakazuje i na naszą pozorną niemoc uwagi nie zwraca.
Na dowód, że moja "teoria niemożności", jakiś sens ma i trochę prawdy w sobie zawiera, kilka osobistych przykładów przytoczę.
Jakiś czas temu, na twórczym spotkaniu, wśród doświadczonych mentorek, z quillingiem i frywolitką zmierzyć mi się przyszło. 
Oj, jaka byłam przerażona, gdy czółenko do rąk pierwszy raz wzięłam, a ono nijak ze mną współpracować nie chciało. Wyślizgiwało się zręcznie, niteczki plątało, klikać nie chciało a o łuczkach i kółeczkach nie wspomnę.
Potem, już w domowych pieleszach, po wielu próbach,
wielką niechęcią i poczuciem niemocy ogarnięta,kilkanaście razy, na dnie szuflady je chowałam, i zakazane "nigdy" nad nimi głosiłam.
A jednak, pod wpływem ambicjonalnego impulsu,  dnia pewnego, na długie godziny na kanapie zasiadłam i z uporem maniaka  oswoić je raz jeszcze spróbowałam. 
W końcu klikać zaczęło,  coraz równiejsze supełki wiązać i nawet łuczki i kółeczka tworzyć.
Do doskonałości jeszcze im wiele brakuje, ale pierwsze koty za płoty, teraz może już tylko być lepiej i w najbliższym czasie poprzeczkę na proste wzory ustawić zamierzam, od czasu do czasu , a w chwilach zwątpienia, po nauki, do frywolnej mistrzyni, na drugą stronę ulicy biegać.
A że, gdzie drwa rąbią, tam i wióry lecą, to po ciężkiej, frywolnej bitwie, kłąb popsutych nitek i kilka niezgrabnych supełków mi pozostał,  oraz niewielka namiastka sukcesu, z której bardzo dumna jestem.








Quilling wcale bardziej przyjaznym się nie okazał i cieniutkie, delikatne paseczki równo na igiełkę nawijać się nie chciały i w pożądanych kształtów formować. Na dodatek klej posłusznym też za bardzo nie był, zbyt duże kleksy robiąc, więc summa summarum kolejny powód  do frustracji się znalazł.
Jednak tym razem przypadek i nagły impuls  pod boki się wzięły i problem pozwoliły całkiem sprytnie i przyjemnie rozwiązać.
Przypadek (planowany), to wizyta  naszej blogowej koleżanki Reni, która oprócz tego, że wielką radość  swoją obecnością mi sprawiła, to jeszcze skutecznie na moją niechęć do quillingowania wpłynęła.
Pod wpływem impulsu, na całkowitym spontanie, mini warsztaty, z udziałem nas obu i sąsiadki zza miedzy się odbyły. Trudno wśród naszej trójki mentorkę znaleźć było, więc po prośbie, do Eli, się udałyśmy , która wirtualnie zdalne sterowanie przejęła, setnie się przy tym bawiąc i z wielką dozą humoru nasze próby oceniała. Kibicowała nam Justynka, która jak zwykle, we wszystkim pozytywy stara się dostrzec, co w znaczny sposób na nasz zapał pozytywnie wpłynęło.
Powstały więc kurczaczki z botoxowymi dzióbkami i nóżkami w odwrotną stronę zwróconymi, a fale na stawku tsunami zostały okrzyknięte, ale mimo tych wszystkich pseudo zachwytów, zabawa była przednia, a nasze kurczaczki i tak najpiękniejsze są i basta, prawda Elu?
Tak więc przypadek z impulsem zadziałał i bakcyl quillingu nieco oswojony połknięty został.













Dnia następnego, w moim kąciku się zamknęłam, i z uporem maniaka papierowe paseczki kręciłam, aby kolejną wielkanocną kartkę stworzyć, która zapewne do Eli z życzeniami poleci.
Niech ma i ze swojego pedagogicznego talentu się cieszy.




Dziękuję Elu za cierpliwość, cenne wskazówki i nieustępliwość. Wiem, że już kolejne wyzwanie w zanadrzu chowasz, ale na razie cicho sza.
I jak widać, choć upór osłom i maniakom obligatoryjnie przypisany został, to w naszym życiu istotną rolę odegrać może.
Trzeba tylko siły na zamiary mierzyć i po prostu chcieć.
Pozwólcie, że jeszcze na chwilkę do spotkania z Renią wrócę i w ten sposób pięknie Jej za nie podziękuję.
Za miłe towarzystwo, rozmowy przy stole, wymianę doświadczeń i cenne rady, za pół bagażnika prezentów i za wspólne z quillingiem potyczki, za zimowy spacer i za pozytywną energię, którą do naszego domu wniosła.
Dziękuję Reniu.




Pora już kończyć, bo zapewne już nieco tym przydługim postem  zmęczone jesteście.
Pozdrawiam serdecznie, odwagi w podejmowaniu wyzwań i odrobiny uporu maniaka życzę.

Marysia





Copyright © 2016 StopChwilka , Blogger