poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Wakacyjne spotkania

Czas wakacji, czas wielkiej laby, gdy nie musimy się śpieszyć i możemy robić nic. No, może nie zupełnie nic, ale zawsze, choć trochę, na luzie pożyć się udaje.
Wakacje, to doskonała okazja do spotkań, tych towarzyskich i tych, które szersze kręgi zataczają.
Tak i ze mną było, i o tym właśnie chciałabym Wam opowiedzieć, a że doznań wiele, to i post długaśny będzie. O cierpliwość więc proszę i na czytanie co drugiej linijki pozwalam.

A wszystko od odwiedzin Justynki, Doroty, Reni i Dusi się zaczęło.Przyjechały, posiedziały, pogadały, prezentami zasypały i poleciały...jak te sroczki z dziecięcej rymowanki.
Pozostały wspomnienia, kilka fotek i umówione kolejne spotkania.
Justynka takimi oto biżutkami mnie obdarowała, które do wakacyjnej aury pięknie pasują a mojej skromnej osobie szyku dodają.


 Renia na deseczkach życiowych porad udzieliła


i o moją kreatywność zadbała, do działania na polu decoupagu zobowiązując


oraz ku pokrzepieniu ciała i duszy naleweczkę świąteczną i przetwory zostawiła.



Dusia, do nowego pokoju kolejne "żółciste" ozdoby dorzuciła i dzięki temu jeszcze piękniej się w nim zrobiło.




Dziękuję Wam dziewczyny za podarki i miło spędzony czas.

I  tak moje tegoroczne wakacje rozpoczęłam, więc pełna optymistycznych myśli
  walizeczkę spakowałam i w świat z M i przyjaciółmi wyruszyłam.
Na wschód w tym roku drogi nas zawiodły, na spotkanie z kresową kulturą, historią, kuchnią i nieopisanym pięknem tych ziem.
Przemówiły do nas wieki, przez zabytki Sandomierza, Zamościa, Lublina, Chełma i Lwowa.

Sandomierz,
nie tylko serialową turystyką tętniący, przywitał nas urokliwym ryneczkiem, po którym to filmowy Ojciec Mateusz na rowerze śmiga, a podwładni Możejki porządku pilnują.


Ucho igielne nasze gabaryty zmierzyło i na szczęście, do miasta wejść nam się udało,


a tam podziemna trasa, dawne piwnice kupieckie łącząca, gdzie dzielna  Halina podstępem wrogów zwabiła, takie tajemnice przed nami odkryła.







oraz do degustacji wina w licznych sandomierskich winnicach zachęciła.
 Wybór, jak widać spory, a i jakość trunku przednia.
Byłam, piłam i potwierdzić mogę, nawet dwie flaszeczki do domu przywiozłam.


Potem spacer wzdłuż wiekowych murów, które miasta i jego mieszkańców broniły. Nad całością monumentalna budowla sandomierskiego Zamku góruje i dawnej świetności miasta dowodzi.


Jeszcze jedno na rynek spojrzenie


i Bramą Opatowską, w dalszą drogę wyjście


W drodze do Zamościa dwa krótkie przystanki, jeden w Zaklikowie, gdzie nasza blogowa koleżanka Beatka, w ślicznym drewnianym domku mieszka, z ciężkimi przeciwnościami losu się zmagając.
Urzekła mnie ciepłem, serdecznością, prostolinijnością, hartem ducha oraz ogromną wiarą w to, że nadejdą lepsze dni.
 Dziękuję Beatko za pyszną kawę i słodkości oraz radość jaką wyniosłam z naszego spotkania.


Drugi w Szczebrzeszynie, gdzie muzycznie uzdolniony chrząszcz, do dzisiaj w trzcinie sobie brzmi i od czasu do czasu do zdjęć pozuje.


Zamość, powitał nas majestatycznym Ratuszem


 piękną zabudową wokół  Rynku Głównego



gdzie na tyłach kamienic zielenią obrośnięte podwórka się kryją, mieszkańców do wypoczynku i sąsiedzkich pogaduszek zachęcając,




oraz parkiem pełnym zieleni, kwiatów i wód.





Wieczorem miło było zasiąść w restauracyjnym ogródku, regionalne jadło i napitki degustując.


Z Zamościa niedaleko do Lublina, a tam słynny Zamek Lubelski wiele tajemnic kryjący, gdzie ludzkie losy się ważyły, bo przez wiele lat za więzienie służył


  Stare Miasto piękną architekturą zachwyca


 a fontanna miejska na deptaku wielu fanów w te upalne dni miała.


Niedaleko Lublina, Majdanek, miejsce, gdzie nawet ptaki śpiewać nie chcą, a ja  tylko za Zofią Nałkowską powtórzę "Ludzie ludziom zgotowali ten los"


 


Kolejny dzień to wyprawa do Lwowa, która w stan osłupienia mnie wprawiła i do dzisiaj nadziwić się nie mogę, że tak może być.Pięć godzin spędzonych na granicy, potem w szaleńczym tempie "zwiedzanie", chwila na oddech, stanowczo za krótka, aby poczuć  "ducha" tamtych czasów
 i ...koniec wycieczki, jeszcze tylko parę godzin na granicy i w końcu normalność.Coś okropnego,  to był moja pierwsza i chyba ostatnia  ukraińska przygoda.
Pozostały zdjęcia, które "w biegu" udało się zrobić i kilka pamiątek w pośpiechu zakupionych.

Cmentarz Łuczakowski, gdzie prochy wielu Polaków spoczywają świadectwo o polskości tego miejsca dając


oraz Cmentarz Orląt Lwowskich, miejsce przez wiele lat zakazane i za śmietnik Lwowa służące, dziś, dzięki polskim inżynierom, i nie tylko, do dawnej rangi przywrócone.


Opera Lwowska, piękna i dostojna, dzieło polskiego architekta profesora Zygmunta Gorgolewskiego.




 I Adam Mickiewicz, u zbiegu ruchliwych ulic lwowskich stojący, do którego żadnego dojścia nie ma i wśród licznych aut kluczyć trzeba, aby wieszczowi bliżej się przyjrzeć.
Wyczyn taki z cudem graniczy, biorąc pod uwagę "wolną amerykankę", która na ulicach miasta się panoszy.
Nam się udało Adasiowi z bliska się pokłonić i na fotce umieścić.


Ostatnie spojrzenie na Lwów, z kopca Unii Lubelskiej, na Wysokim Zamku, ponad 400 m nad poziom morza wzniesionym, z ziemi z różnych stron Polski, usypanym.


Czas na wakacjach jakby wolniej płynie, ale i tak nadszedł koniec naszej kresowej przygody.
Ostatnia sobota, to wyprawa do Chełma, miasteczka u zbiegu trzech granic, polskiej, białoruskiej i ukraińskiej leżącego, więc wpływy tych trzech kultur tam zobaczyć można.
Przemierzyliśmy 1200 m podziemnej trasy, idąc śladami ludzi, którzy kredę, bogactwo tej ziemi, przed wiekami wydobywali.Spotkaliśmy Ducha Bielucha, który tajemnic tego miejsca strzeże i ochłodziliśmy się nieco, bo swoisty mikroklimat 9 stopni nam zaoferował.



Pokłoniliśmy się Matce Bożej w jej Sanktuarium, pospacerowaliśmy ulicami miasta i kawą z goframi naszą chełmską przygodę zakończyliśmy.



Oprócz miast i miasteczek pełnych murów o historii szepczących, wśród licznych lasów, pól i łąk, przycupnęły drewniane domki, które, gdyby tylko umiały o ludzkich losach wiele powiedzieć by mogły. O zwykłym życiu, codziennym trudzie, radościach i smutkach, z których nasza codzienność jest utkana.



No i nadszedł dzień powrotu. Z żalem opuszczaliśmy kresowe ziemie. Po drodze jeszcze na wzgórze Świętego Krzyża się wspięliśmy, aby pięknem Bazyliki i krajobrazu Gór Świętokrzyskich się zachwycić.




Tak przemówiły do nas wieki, ale piękno tej ziemi nie tylko w zabytkowych budowlach się kryje.
Przemierzając kilometry dróg (1900) z zachwytem przyglądaliśmy się dziełu, jakie natura stworzyła.
Zauroczyło nas piękno Roztoczańskiego Parku Narodowego, urzekły pola i łąki, które jak barwne wstążki wzniesienia i doliny oplotły, meandry rzek i strumieni i czas, który jakby wolniej płynął.

Wąwóz Królowej Jadwigi w Sandomierzu, piękne miejsce spacerowe,


Widok na Góry Swiętokrzyskie ze Świętego Krzyża,


widok z Gołoborza, miejsca, gdzie według legendy diabeł kamieniami rzucał


Roztoczański Park Narodowy, pełen zieleni i leśnych żyjątek,


słynne szumy na rzece Tanew, które na naturalnych uskokach płyt tektonicznych powstały, tworząc szumiące kaskady, miłe dla oka i ucha,


Jako, że wędrowcy posilić się muszą, więc i my w poszukiwaniu kresowych smaków do wielu knajpek zajrzeliśmy, miło przy suto nakrytych stołach czas spędzając, kalorii nie licząc i w tłuszczyk obrastając.

Przysmaki kuchni żydowskiej, czyli gęsie pipki, wątróbka w jabłkach, pierogi z gęsiną, sery i piwo z czterech rodzajów słodu ważone na długo w pamięci naszych kubków smakowych pozostaną



do tego oryginalny wystrój lokalu i przemiła obsługa na bardzo smakowity "popas" w Lublinie się składają.




Kuchnia ormiańska, w kozieradkę i tymianek obfita, deską peklowanej słoniny i suszonej wołowiny, jako "zagrychą" do piwa nas uraczyła, a na danie główne pyszne szaszłyki i pstrąga w lawaszu zaserwowała.Ja dodatkowo na miseczkę zupy z pokrzyw się skusiłam i przyznać muszę, że warto było.







W ogródku restauracyjnym, u Ojca Mateusza,w piękne regionalne stroje ubrane dziewczęta, kugiel z Czermna nam zaserwowały, jako danie, z którego tamte ziemie słyną. Zdjęcia nie pokażę, bo na sobotnie przyjątko, jako danie główne przygotować zamierzam i wtedy kilka fotek na blogu umieszczę.

W Zamościu, przy piwie biłgorajskim i zwierzynieckim wieczory spędzaliśmy z bogatego menu dań regionalnych pyszności wybierając. Na naszym stole gościły pstrągi w towarzystwie pieczonych ziemniaków, łososie na pęczaku suszonymi pomidorami przyprawionym, żeberka w miodzie i słynny pieróg biłgorajski, kaszą nadziewany. Oj rosły boczki, rosły, ale raz się żyje i czasem, bez oporów z tego życia skorzystać trzeba, na potwierdzenie tej tezy zdjęć kilka.





W zagrodzie Guciów przepyszny smalec, cieplutki chleb na zakwasie i domowe wędliny bimberkiem, ku pokrzepieniu serc i nie tylko, zapiliśmy.



Na pożegnanie żur w pięknym naczyniu podany


i to już koniec "nieba w gębie", autostrada fast foody tylko serwowała, do parteru nasze kubki smakowe sprowadzając. 
Nieco "przerośnięci" w nasze nizinne strony wróciliśmy, przywożąc ze sobą wspomnienia fotkami poparte, dwie flaszeczki sandomierskiego wina, buteleczkę bimberku, ukraińską wódeczkę i koniak, zestaw narzędzi z belgijskiej czekolady oraz chałwę, z której Ukraina słynie.



Na powakacyjne spotkanie z przyjaciółmi słynne zamojskie cebularze upiekłam i w ten sposób kresową kuchnię do Wielkopolski przeniosłam.



Oj, chyba przynudziłam Was trochę, ale krócej, tych dziewięciu dni pokazać nie potrafiłam.
 Dziękuję Wam za wspólną wędrówkę i mam nadzieję, że nie był to dla Was czas stracony.

Pozdrawiam Was po wakacyjnie i za nadrobienie blogowych się zabieram.

Marysia